Przesuwanie własnych granic

 Siedziałem na macie i spoglądałem na drogę na ściance, była turkusowa i lekko przewieszona.

-- Ciekawe, czy jestem w stanie ją przejść -- chodziło mi po głowie.

-- To byłoby coś. Siódemki jeszcze nigdy nie zrobiłem. 

W poniedziałek udało mi się nawet dotknąć ostatniego chwytu, zanim poleciałem. Daleko mi było jednak do tego, żebym mógł go dobrze schwycić, nie mówiąc o tym, żeby się na nim utrzymać -- a na tym polega "wejście", czy "zrobienie drogie". 

Przy ostatnich próbach palce robiły się coraz słabsze. Na koniec ześlizgiwały z krawędzi przedostatniego chwytu -- zablokowanej częściowo innym. Spadałem za każdym razem. Upadek czyli mała porażka są częścią procesu -- próby robienia czegoś w pobliżu własnych granicy. Pisałem już o tym w poprzednim wpisie.

Dzisiaj był piątek. Bolały mnie trochę przedramiona. Wspinałem się dwa dni temu z liną, w innej hali. Czułem ramiona -- bo próbowałem trudniejszych rzeczy, a poza tym, to rzadko wspinam się z liną. To trochę inne obciążenie aparatu ruchowego.

-- Dzisiaj pewnie mi się nie uda, choćby przez te zakwasy. Nie wiem, czy jest sens nawet próbować -- pomyślałem. -- Ciekawe, czy kiedykolwiek ją zrobię?

To była siódemka, czyli o stopniu trudności siedem (7) -- według skali tej hali boulderingowej. Najłatwiejsze drogi to jedynki, najtrudniejsze, to ósemki (8). Ta nie należała więc do łatwych. Mój kumpel, który niedawno zrobił ósemkę, jeszcze tej turkusowej tutaj nie zrobił, nawet chyba nie próbował. "Nie lubię dróg, gdzie nie można dobrze stać", powiedział. Ta faktycznie, nie miała konkretnych stopni, nawet małych, wszystko skosy.

Jeszcze nigdy nie dałem rady zrobić siódemki, mimo, że bywam od lat w tej hali. Ta turkusowa wydawała się możliwa do przejścia. Dlaczego? Nie wiem. Czasami droga coś do mnie mówi, choć trudno mi to określić słowami. Coś mnie do niej ciągnie. Inaczej bym jej w ogóle nie spróbował, bo to nie moja liga, siódemki. Próbuję ich czasami, ale bez większych sukcesów. Zazwyczaj kręcę się wśród piątek, czasami szóstek. 

Tu było inaczej, chociażby dlatego, że dosyć szybko udawało mi się dotknąć przedostatniego chwytu już przy pierwszych próbach?

W każdym razie, siedziałem w ten piątek na macie i spoglądałem na turkusowe chwyty, szczególnie te ostatnie. Wyobrażając sobie każdy ruch, także to, jakby tu dobrze upaść -- przynajmniej nie na plecy. 

Poniżej zdjęcie z pozycji, w której nie chciałbym utracić chwytu.

 


Posiedziałem tak chwilę i stwierdziłem, że jak już tu jestem, to mogę spróbować, dla treningu. To tym bardziej, że miałem tylko dwa tygodnie czasu, zanim tej drogi nie odkręcą i nie zrobią tam nowej.

Wstałem z maty, zrobiłem parę razy głęboki wdech, włączyłem stoper i zacząłem się wspinać. Początek był jak zwykle prosty, choć wymagał wysiłku. Doszedłem do ostatniego chwytu. Nogi miałem na właściwej wysokości -- wiedziałem. O dziwo, nawet umiałem się dobrze trzymać na tym przedostatnim chwycie. 

Podciągnąłem się dynamicznie -- i nie dałem rady się złapać. Jednak nie poleciałem. Trzymałem się przez parę sekund na przedostatnim chwycie. Potem zrobiłem głęboki wdech -- i jeszcze raz spróbowałem.

Tym razem udało mi się schwycić jego dobrą krawędź.


Wczepiłem się w nią i szybko dostawiłem drugą rękę -- trzymałem się. Powisiałem przez moment, żeby wejście było zaliczone. Na koniec zlazłem powoli -- używając innych chwytów.


-- Zaliczyłem pierwszą siódemkę tutaj -- pomyślałem.

Spojrzałem jeszcze raz na drogę -- kontemplując chwilę. Po chwili poszedłem pochwalić się kumplowi, temu od ósemki -- który w pomieszczeniu obok coś tam ćwiczył na małej siłowni.

-- Może byś mnie sfilmował, jak skończysz swoją serię ćwiczeń -- powiedziałem po chwili gadki.

-- O ile uda mi się jeszcze raz ją zrobić -- dodałem.

Udało się. Dlatego mam teraz nagranie i zdjęcia zrobione z niego. Wszedłem na tę drogę jeszcze następnego dnia, bo chciałem to komuś pokazać. Potem dałem sobie z nią spokój, bo każde wejście dawało jednak trochę popalić.

To, że byłem w stanie tę drogę zrobić nie wzięło się znikąd, bo regularnie ćwiczyłem, ale to temat na inny wpis.

Tym niemniej, było to dla mnie przesunięcie własnych granic, choćby tych mentalnych, bo nie do końca wierzyłem, że dam radę.

Tu filmik z wejścia, w podkładzie moje stare nagranie gitarowe. Nie pamiętam już, jak się ten utwór nazywa. 

Ciekawe, czy próbowaliście kiedyś wspinaczki z liną albo w parku wspinaczkowym czy może boulderingu.

 
 


 



Komentarze

  1. Cześć! Oglądałem ten filmik kilka razy, bo nie wiem jak można utrzymać się na takiej pochyłości 🤔 A może masz jakieś przyssawki na tych butach? Oczywiście żartuję, ale wyglądało to tak, jakbyś nie miał większych problemów z wejściem na ten ósmy poziom.
    A Tobie udało się to aż trzy razy! Gratuluję! Nie dość że trzeba wiedzieć gdzie złapać, gdzie stanąć, to trzeba mieć mnóstwo siły w uchwycie.

    Ja nigdy nie próbowałem czegoś takiego, ale w jednym z aquaparków tam gdzie chodzę jest taka niska ścianka wspinaczkowa.

    A masz może cały ten utwór gitarowy? Chętnie posłuchałbym.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz