Walka z drogą i frustracją

Siedziałem oparty plecami o filar. Zamknąłem oczy i zrobiłem parę głębokich wdechów. Wyobraziłem sobie ruch, jaki chciałem wykonać. Spojrzałem na to przeklęte miejsce – męczyłem się z nim już od jakiegoś czasu. Trzeba było dynamicznie przerzucić swoje tułowie z lewej strony na prawą – i wylądować stabilnie prawą ręką na dużym chwycie. Ja za to albo obijałem się klatką piersiową od dużego pomarańczowego chwytu, albo traciłem równowagę, gdy doleciałem już na drugą stronę.

Czułem frustrację i wstyd. – „Jestem do niczego” – chodziło mi po głowie. No właśnie, najgorsze było to, że inni przechodzili to miejsce, bez większych problemów. Spróbowali ze dwa trzy razy i tyle – nie tak jak ja.

"Nie przesadzaj" – stwierdził prawie równocześnie inny głos w mojej głowie – "Niezależnie od tego, czy dasz, czy nie dasz rady, to dobra okazja, żeby poćwiczyć nową technikę i powalczyć z frustracją". Czas miałem ograniczony, bo drogi zmieniane są co parę tygodni.

Po pierwszym dniu intensywnych prób siekało mnie prawe ramię i miałem problem z wyprostowaniem się – tak bolały mnie plecy. Zrobiłem prawie tydzień przerwy. Stwierdziłem, że muszę wziąć się systematycznie do dzieła – będę ćwiczył po kawałku. Rozłożę trudność na mniejsze kroki – będzie mógł je łatwiej kontrolować. To podejście pomoże mi ograniczyć potencjalne urazy. Przy następnych próbach używałem też pomarańczowych chwytów – nienależących do tej drogi – by uczyć się jak kontrolowanie „polecieć”. Jeden z kumpli nazwał tę drogę „metronom” – widząc moje rytmiczne próby – chybotanie z lewe do prawej.

Co do uczucia wstydu i frustracji – starałem się je racjonalizować. – „Umiem to, co umiem. Próbuję uczyć się nowych rzeczy. To się liczy. Istotne jest, żeby się nie poddawać” – tłumaczyłem sobie.

Poza tym to nie ja jeden miałem problemy z tą drogą. To była szóstka, w skali 1-8, czyli nie była najłatwiejsza. Znałem sporo osób, które w ogóle się za nią nie zabierały.

Przedwczoraj siedziałem tam znowu, oparty plecami o obłożony filcem filar. Obie dłonie miałem już poobklejane taśmą (potocznie: potejpowane). Zabezpieczało to przed otarciem do krwi – bo wiele już nie brakowało. Poza tym, to jeden z tejpów przytrzymywał plaster na grzbiecie dłoni – uderzyłem nią o coś, może o chwyt a może o ścianę szorstką jak papier ścierny – bez plastra zostawiałbym czerwone ślady.

Z tym że ruch, nad którym pracowałem, zaczął mi wychodzić – już dzień wcześniej. Nie za każdym razem, ale na tyle często, bym spróbował przejść całą tę drogę. Poza tym, stanie na tych małych stopniach też przestało być takim problemem – mniejsze prawdopodobieństwo porażki.

Wstałem i podszedłem do ściany. Włączyłem stoper, bo tak lubię. Obtarłem podeszwy z kredy, której pełno w hali. Zacząłem robić tę drogę. Doszedłem do krytycznego miejsca, zatrzymałem się i wziąłem powolny wdech i wydech. Potem wyobraziłem sobie, jak wykonuję ten ruch – ląduję ręką na tym długim chwycie. „Ćwiczyłeś to tyle razy, więc pewnie ci wyjdzie” – pomyślałem. I rzeczywiście, za moment opierałem się już stabilnie ręką na następnym chwycie. Przeszedłem to miejsce. Skoncentrowałem się znowu, żeby drogę skończyć – nie było to jednak wielkim problemem. „No i udało się” – pomyślałem, trzymając „top”, czyli końcowy chwyt. Zlazłem na maty i poszedłem pochwalić się kumplowi – temu, który określił moje usiłowania jako: „metronom”. Akurat był na hali, ale w salce obok. 



Przejście takiej drogi jest dla mnie podobne do pracy nad wieloma innymi problemami, z którymi mam do czynienia. Niejednokrotnie muszę:

- opuścić strefę komfortu

- walczyć z uczuciem frustracji

- pokonać brak wiary w siebie, gdy mam wrażenie, że nic nie wychodzi

- czasami pokonać też wstyd, bo „inni umieją to lepiej”

- zachować cierpliwość

Staram się wtedy użyć:

- małych kroków: czyli rozłożyć problem na łatwiejsze do pokonania części

- starać się zdobyć informacje na dany ten temat: internet albo rozmowy z innymi

- użyć dodatkowej pomocy: jak ćwiczenia z użyciem dodatkowych uchwytów

- robić przerwy: na analizę i regenerację

Tego typu techniki – choć powyżej to tylko niewielki ich wybór – są dosyć uniwersalne, nie tylko ja je stosuję. Nie dotyczą one tylko wspinaczki, ale chociażby psychiki. Nie znaczy to, że funkcjonują one w każdej sytuacji. Dzięki nim możemy jednak doświadczyć, że mamy jakieś narzędzie w ręku, którego możemy użyć w razie potrzeby. Dotyczy to szczególnie osób o niskim poczuciu własnej skuteczności.

Pytanie: 
Jakie Ty masz doświadczenia, z pracą nad trudnymi fizycznie i emocjonalnie projektami?


Tematy związane z radzeniem sobie z trudnymi emocjami, także CPTSD, opisuję również w książce: ”Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców” (link na marginesie).

Komentarze