Walka z drogą i frustracją

Siedziałem oparty plecami o filar. Zamknąłem oczy i zrobiłem parę głębokich wdechów. Wyobraziłem sobie ruch, jaki chciałem wykonać. Spojrzałem na to przeklęte miejsce – męczyłem się z nim już od jakiegoś czasu. Trzeba było dynamicznie przerzucić swoje tułowie z lewej strony na prawą – i wylądować stabilnie prawą ręką na dużym chwycie. Ja za to albo obijałem się klatką piersiową od dużego pomarańczowego chwytu, albo traciłem równowagę, gdy doleciałem już na drugą stronę.

Czułem frustrację i wstyd. – „Jestem do niczego” – chodziło mi po głowie. No właśnie, najgorsze było to, że inni przechodzili to miejsce, bez większych problemów. Spróbowali ze dwa trzy razy i tyle – nie tak jak ja.

"Nie przesadzaj" – stwierdził prawie równocześnie inny głos w mojej głowie – "Niezależnie od tego, czy dasz, czy nie dasz rady, to dobra okazja, żeby poćwiczyć nową technikę i powalczyć z frustracją". Czas miałem ograniczony, bo drogi zmieniane są co parę tygodni.

Po pierwszym dniu intensywnych prób siekało mnie prawe ramię i miałem problem z wyprostowaniem się – tak bolały mnie plecy. Zrobiłem prawie tydzień przerwy. Stwierdziłem, że muszę wziąć się systematycznie do dzieła – będę ćwiczył po kawałku. Rozłożę trudność na mniejsze kroki – będzie mógł je łatwiej kontrolować. To podejście pomoże mi ograniczyć potencjalne urazy. Przy następnych próbach używałem też pomarańczowych chwytów – nienależących do tej drogi – by uczyć się jak kontrolowanie „polecieć”. Jeden z kumpli nazwał tę drogę „metronom” – widząc moje rytmiczne próby – chybotanie z lewe do prawej.

Co do uczucia wstydu i frustracji – starałem się je racjonalizować. – „Umiem to, co umiem. Próbuję uczyć się nowych rzeczy. To się liczy. Istotne jest, żeby się nie poddawać” – tłumaczyłem sobie.

Poza tym to nie ja jeden miałem problemy z tą drogą. To była szóstka, w skali 1-8, czyli nie była najłatwiejsza. Znałem sporo osób, które w ogóle się za nią nie zabierały.

Przedwczoraj siedziałem tam znowu, oparty plecami o obłożony filcem filar. Obie dłonie miałem już poobklejane taśmą (potocznie: potejpowane). Zabezpieczało to przed otarciem do krwi – bo wiele już nie brakowało. Poza tym, to jeden z tejpów przytrzymywał plaster na grzbiecie dłoni – uderzyłem nią o coś, może o chwyt a może o ścianę szorstką jak papier ścierny – bez plastra zostawiałbym czerwone ślady.

Z tym że ruch, nad którym pracowałem, zaczął mi wychodzić – już dzień wcześniej. Nie za każdym razem, ale na tyle często, bym spróbował przejść całą tę drogę. Poza tym, stanie na tych małych stopniach też przestało być takim problemem – mniejsze prawdopodobieństwo porażki.

Wstałem i podszedłem do ściany. Włączyłem stoper, bo tak lubię. Obtarłem podeszwy z kredy, której pełno w hali. Zacząłem robić tę drogę. Doszedłem do krytycznego miejsca, zatrzymałem się i wziąłem powolny wdech i wydech. Potem wyobraziłem sobie, jak wykonuję ten ruch – ląduję ręką na tym długim chwycie. „Ćwiczyłeś to tyle razy, więc pewnie ci wyjdzie” – pomyślałem. I rzeczywiście, za moment opierałem się już stabilnie ręką na następnym chwycie. Przeszedłem to miejsce. Skoncentrowałem się znowu, żeby drogę skończyć – nie było to jednak wielkim problemem. „No i udało się” – pomyślałem, trzymając „top”, czyli końcowy chwyt. Zlazłem na maty i poszedłem pochwalić się kumplowi – temu, który określił moje usiłowania jako: „metronom”. Akurat był na hali, ale w salce obok. 



Przejście takiej drogi jest dla mnie podobne do pracy nad wieloma innymi problemami, z którymi mam do czynienia. Niejednokrotnie muszę:

- opuścić strefę komfortu

- walczyć z uczuciem frustracji

- pokonać brak wiary w siebie, gdy mam wrażenie, że nic nie wychodzi

- czasami pokonać też wstyd, bo „inni umieją to lepiej”

- zachować cierpliwość

Staram się wtedy użyć:

- małych kroków: czyli rozłożyć problem na łatwiejsze do pokonania części

- starać się zdobyć informacje na dany ten temat: internet albo rozmowy z innymi

- użyć dodatkowej pomocy: jak ćwiczenia z użyciem dodatkowych uchwytów

- robić przerwy: na analizę i regenerację

Tego typu techniki – choć powyżej to tylko niewielki ich wybór – są dosyć uniwersalne, nie tylko ja je stosuję. Nie dotyczą one tylko wspinaczki, ale chociażby psychiki. Nie znaczy to, że funkcjonują one w każdej sytuacji. Dzięki nim możemy jednak doświadczyć, że mamy jakieś narzędzie w ręku, którego możemy użyć w razie potrzeby. Dotyczy to szczególnie osób o niskim poczuciu własnej skuteczności.

Pytania: 
- Jakie Ty masz doświadczenia, z pracą nad trudnymi fizycznie i emocjonalnie projektami? 
- Jakich metody były skuteczne w Twoim przypadku?


Tematy związane z radzeniem sobie z trudnymi emocjami, także CPTSD, opisuję również w książce: ”Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców” (link na marginesie).

Komentarze

  1. Cześć!

    Co do pytań:
    1 - moje doświadczenia to obserwacje siebie w trakcie/przed/po takich sytuacjach, choć łatwiej mi obserwować kogoś niż siebie. Dlaczego? Dlatego że kogoś oceniam obiektywnie, a siebie traktuję z "od zawsze" upatrzonego schematu, który jest dość mocno skrzywiony.

    2 - różne. Czasem idę na żywioł na zasadzie "co będzie", ale jednak lepiej systematycznie się przygotować a nawet przejść cały proces w myślach. Innym razem ograniczam się do najtrudniejszych zadań a resztę pomijam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. To znaczy, łatwiej jest Ci obserwować kogoś innego, czy łatwiej robić to obiektywnie?
      Dla mnie łatwiej jest obserwować samego siebie, gdy chodzi o emocje i myśli.
      Gdy chodzi o obserwację jakiegoś ruchu, jak w sporcie, czy zewnętrznego zachowania, to wiem, że lepiej widzę pewne rzeczy u kogoś innego. To choćby dlatego, że fizycznie nie widzę siebie całego z zewnątrz, nawet jeśli się nagram.

      Jak to jest, gdy obserwujesz kogoś, za kim nie przepadasz? Na ile taka obserwacja jest obiektywna Twoim zdaniem?

      2. Ano tak, zgadzam się. żywioł jest czasami dobry, ale gdy sprawa jest bardziej złożona, wymaga określonych umiejętności, to często nie przeskoczy jej się dobrymi chęciami. Wtedy niezbędny jest trening. Inaczej to każdy by mógł być mistrzem świata, albo nie trzeba by egzaminów :)

      Usuń
    2. Łatwiej mi obserwować kogoś, oraz budować konkluzje, które są efektem działań takich osób. Naturalnie są one (obserwacje) długotrwałe, a owe konkluzje nie zawsze trafione.

      Jeśli obserwuję kogoś kogo nie lubię, to zawsze staram się obiektywnie podejść do takiej oceny, bo moje sympatie i antypatie nie mają nic do powiedzenia. Byłbym nierzetelnym i nieprofesjonalnym w ocenianiu kogoś przez pryzmat lubię/nie lubię. A poza tym, moje obserwacje byłby wtedy bezsensowne - skoro naruszone byłyby ich fundamentalne zasady.

      Usuń
    3. No tak, jeżeli mówisz o podejściu w pracy, to wymagana jest tam profesjonalność.
      Do tego są najczęściej jakieś standardy, których trzeba się trzymać, z tego jak to rozumiem.

      Myślę, że w życiu prywatnym trudniej o obiektywność, choć jasne, warto jej szukać.

      Usuń
  2. Bardzo konstruktywny wpis. :)

    Ja mam podobnie z grami wideo. Chodzi o moje umiejętności w nich, które to umiejętności są ekstremalnie niskie. Na ogół używam trainerów, bo raz że po prostu nie jestem w stanie przejść danego etapu, a dwa, dodatkowo irracjonalny stres potrafi mnie całkowicie pokonać i czasem wywołać złość (na własne ograniczenia). Podobny stres odczuwałam w pracy, i wyglądało to tak, że zdrowi pracownicy po prostu się ze mnie wyśmiewali z tego powodu. Terapeutka napisała mi w opinii do ZUSu, że "rolę pracownika mogę pełnić tylko do tzw. krytycznego momentu". "Reagowanie przerażeniem" to częsty objaw moich zaburzeń. Jak zaczynam to czuć, wyłącza mi się mózg i jakakolwiek racjonalność i logika. Zostaje tylko nieposkromiony chaos. Ludzie z mojego otoczenia (ze szczególnym uwzględnieniem mojego ojca) zawsze albo się z tego śmiali, albo traktowali mnie przez to jak kompletną idiotkę.

    I tak, czasem boli mnie, że bez trainera nie jestem w stanie przejść zdecydowanej większości tytułów. Ale też nie będę przejmować się ludźmi, którzy czują się lepsi od innych, bo nie mają żadnych problemów z trudnymi grami (co ciekawe, nie znam żadnej kobiety, która by się tak zachowywała - w moich obserwacjach obrażanie innych bo mają problemy z trudnością gry jest domeną wyłącznie męską, ale wiem że to dowód anegdotyczny). To u takich typków też nic innego jak leczenie kompleksów i frustracji - bo jakiego szczęśliwego i spełnionego człowieka obchodzi w co i jak gra obca osoba?

    Biorę neuroleptyki 20 lat, a przez 37 lat mojego życia mój układ nerwowy był pod ciągłym ostrzałem (tatuś + własna firma). Więc też ciężko oczekiwać, że wszystko będzie mi przychodzić szybko i łatwo. No i pogodziłam się z faktem, że pewne rzeczy po prostu nie są dla mnie, i tyle. Nie przejdę Dark Souls, tak jak nie wejdę na Mount Everest ani nie skończę studiów na politechnice, i to jest ok.

    Jedyne, co mnie tutaj naprawdę boli, to ludzie wyśmiewający się z tych moich ograniczeń, albo traktujący je jako przejaw mojej złośliwości, głupoty lub lenistwa. No ale syty głodnego nie zrozumie, tak jak zdrowy człowiek nie zrozumie nigdy człowieka chorego psychiczne. I pół biedy, jeśli ma tego świadomość i nie pogarsza sprawy swoim zachowaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Dziękuję :)

      Dlatego warto porównywać się z samym sobą, a nie z innymi. Sam się tego uczę. Nie istnieje skala, która by wskazywała na to: "jak ma być". Bo każdy ma inne predyspozycje i inne doświadczenia.
      Nie mówię tu o sytuacjach, gdzie trzeba coś konkretnego zrobić, jak na egzaminie. Wtedy można monitorować swoje własne postępy, ale poprzeczka dla wszystkich, żeby zdać, jest najczęściej taka sama. Może to być ilość niezbędnych punktów.

      Stres potrafi "pokonać", ale można się też uczyć "pokonywać stres". Kontrola emocji związanych ze stresem to połączenia związane z DRN i aMCC, a także innymi obszarami.
      Dla mnie jest to jak każdy inny trening. Mnie pomagają różne techniki, jak kontrolowane oddychanie, albo odpowiedni trening przed daną sytuacją.

      Zamieszanie (chaos) w głowie jest normalnym zjawiskiem, ale jak wspominasz, problem jest wtedy, gdy zbyt bardzo to przeszkadza. Ja sam zawalałem kiedyś egzaminy z tego powodu. Teraz jest mi mentalnie łatwiej, bo rozumiem lepiej, że to nie mój mózg jest źle poskręcany, ale po prostu nie do końca panuję nad niektórymi reakcjami emocjonalnymi. Tu też pomogła mi ich obserwacja i tak dalej. Sporo pisałem o tym w książce.
      I do dzisiaj czasami ze stresu zapomnę czyjegoś nazwiska, na przykład Carl Sagan, gdy chcę o nim coś opowiedzieć. :P

      W grach w ogóle nie siedzę i nie mam najmniejszego pojęcia, kto się tam z kogo naśmiewa.
      Na ściance czy na paletkach ludzie naśmiewają się albo sami z siebie, albo z mało racjonalnego zachowania innych. Na ściance każdy jest dla siebie wykładnikiem, choć oczywiści, automatycznie porównujemy się. Tyle, że ludzie pomagają sobie w przechodzeniu dróg. Wygrywa radość z uprawiania wspólnego hobby, a nie walka klanów ;)

      Myślę, że każdy ma jakieś tam ograniczenia. Dlatego nie każdy może być pilotem myśliwca, profesjonalnym muzykiem, albo neurochirurgiem.

      Nie przypominam sobie jakieś sytuacji z ostatniego czasu, że ktoś z mojego otoczenia naśmiewał z kogoś, dlatego, że ta osoba ma ograniczenia nie wynikające z jej winy i których nie może zmienić. Możliwe, że nie obracam się w takich kręgach, albo nie zwracam na to uwagi. Był na przykład na paletkach chłopak, który ma zarówno kognitywne jak i fizycznie problemy, ale nie widziałem, żeby ktoś sobie z niego żarty robił.
      Za takie coś można wylecieć z klubu. Także za bycie zbyt agresywnym, albo gdy ktoś zupełnie nie umie się zachować. Zdarzyło się to w klubach, w których jestem czy byłem członkiem.

      Ja sam używam metody STOP (wspominam o niej w książce), gdy widzę, że jakaś emocja zaczyna mną miotać, bo ktoś się w stosunku do mnie "niewłaściwie zachował". Wiem, że często jest to moim problemem, bo budzą się wyuczone w dzieciństwie złe schematy.
      Nie mam ochoty być ich niewolnikiem, tym bardziej, że mogą one wyprowadzić na manowce :P

      Nie zgadzam się z opinią, że człowiek zdrowy psychicznie nie zrozumie "chorego psychicznie". Nie twierdzę, że każdy "zrozumie", bo świadomość społeczeństwa jest jeszcze dosyć niska, choć ulega poprawie.
      Problem zaczyna się już w stwierdzeniu: "chory psychicznie", bo co to znaczy? Dlatego też coraz częściej mówi się o "spektrum" różnych zaburzeń, często z podaniem grupy objawów, jak depresja, ADHD, autyzm i inne.
      Ale to już inny temat.

      Usuń
    3. Ogólnie był czas - dłuższy czas mojego życia - kiedy lęki paraliżowały jakiekolwiek moje działania. Zaczęły się u mnie w wieku 11 lat, bałam się wyjść z domu ze strachu, że starsze chłopaki ze szkoły mnie skopią. No i to się nie wzięło z sufitu, bo raz że byłam w szkole kozłem ofiarnym, a dwa - lata 90 były jakie były i dużo łatwiej niż teraz było o napaść czy pobicie. Sam to pewnie pamiętasz, o ile mieszkałeś wtedy w Polsce.

      W wieku 20 lat chodziłam z mamą do banku, bo nie byłam w stanie samodzielnie założyć sobie konta czy załatwić jakiejkolwiek sprawy urzędowej. I o ile z nauką jeszcze jakoś sobie radziłam, tak na rynku pracy poległam. Nie zamierzam już nigdy więcej pracować, głównie dlatego, że w KAŻDEJ pracy po prostu doznawałam różnych rodzajów przemocy o różnym nasileniu, a gówniana wypłata nijak mi tego nie wynagradzała. I to nie tak, że nawet nie próbowałam - po coś kończyłam studia i tak dalej... Ale po wysłaniu CV czy rozmowie nikt nie był zainteresowany współpracą ze mną.

      Terapeutka mówiła, że nienawiść innych ludzi do mnie wynika z moich zerowych zdolności dopasowania się do grupy, co jest też jednym z objawów schizotypii i osobowości psychotycznej. Takie trochę błędne koło. Obecnie trochę je przerwałam.
      Wbrew temu, że czasem lubię sobie popisać w internecie, nie jestem towarzyską osobą i w prawdziwym świecie większość interakcji, które nie są powierzchowne i nie trwają maksymalnie kilka minut, strasznie mnie męczy. Jednocześnie nie mam lękowych problemów, żeby móc przeprowadzić krótki small talk - kiedyś bałam się w ogóle odezwać choćby słowem przy innych ludziach, nawet już jako osoba dorosła.

      Dodam, że każda moja niedyspozycja związana z lękiem była przez moją rodzinę, znajomych i innych ludzi brutalnie wyśmiewana, besztana i tak dalej, co oczywiście tylko potęgowało moją izolację i poczucie niezrozumienia.

      Co do graczy, to wiadomo, nie można tu mówić o jakimś bezosobowym ogóle, który robi to czy tamto. Po prostu dużo osób z tego środowiska ma straszne problemy z faktem, że ktoś np. gra na innym sprzęcie niż oni, lubi jakieś inne tytuły niż oni, nie gra tylko na hard lub wydał na coś swoje własne pieniądze. Lecą wyzwiska, hejty, po prostu rynsztok. Do tego często dochodzi też seksizm, typu "ta gra nie jest dla kobiet, spadaj do kuchni!". I nigdy nie spotkałam się z tym, żeby w taki sposób zachowywała się kobieta. Takie zachowania to domena facetów, i to często takich w wieku 30-40 lat. Może to ci sami, którzy 20-parę lat temu zamykali "frajerów" w ubikacji albo wrzucali kubły na śmieci na głowy "zbyt męskim" dziewczynkom, nie wiem.

      A co do tego wyśmiewania. Wpisz sobie w wyszukiwarkę co to jest Zakład Aktywności Zawodowej. Jak przeczytasz, to uznasz zapewne, że to wspaniała sprawa. Ja też tak uważałam, dopóki nie zaczęłam w takim pracować. Mobbing w białych rękawiczkach, jawne obrażanie i naśmiewanie się z osób niepełnosprawnych, ich praca ponad siły i czasem za darmo były tam na porządku dziennym. Mówię sobie, że kiedyś napiszę o tym więcej, ale na razie nie mam ochoty w tym grzebać. Pracowałam tam 6 lat i serio dużo widziałam...

      Może i tak i ujęłam to zbyt ogólnikowo. Po prostu chyba jest tak, że większość ludzi woli jednak proste schematy i etykietki, bo to jest wygodne. Tak jak pisałam wielokrotnie, dla teściów jesteśmy dwójką leniwych nierobów, które "cały dzień i noc" grają w głupie giereczki dla małych dzieci i nie chce im się pracować jak dorosłym ludziom... Wiele osób z diagnozami i problemami doświadcza takiego traktowania od swoich rodzin. My mamy o tyle fajnie, że mieszkamy sami, więc nie słyszymy takich tekstów codziennie przez większość dnia.

      A co do definicji, to myślę, że schizofrenia - mimo że oczywiście ma pewne spektrum objawów - jest definicyjnie typowo chorobą psychiczną, no bo nieprawidłowo pracuje u chorego mózg, a nie np. nerki czy stawy. ;) Jest pewien zestaw objawów wspólny dla każdego chorego, choroba niszczy organicznie mózg i żeby pozbyć się jej objawów, należy brać leki. Taka przynajmniej jest teoria, a w praktyce bywa różnie.

      Usuń
    4. Podsumowuję dla jasności obrazu, to co znam z twoich blogów i z tego, co tu napisałaś:

      Miałaś trudne dzieciństwo, przeszłaś przez traumatyczne momenty. Wspominasz o lękach, szczególnie tych związanych z otoczeniem. Także o otoczeniu i nawet rodzinie, która cię gnębiła z powodu twoich problemów.

      Masz problemy z psychiką, które są diagnozowane jako objawy schizotypii i osobowości psychotycznej.
      Jesteś na rencie z tego powodu.

      Jak wiesz, mnie interesuje, jakie kto ma podejście do problemu, co z nim robi. Historia jest przydatna do zrozumienia tego, co jest teraz, podobnie jak diagnoza. Także do tego, żeby się zastanowić w jaki sposób nad czymś pracować, gdy chce się coś zmienić.

      W związku z tym, że sam sobie zadaję pytania co do poprawności mojego podejścia i rozumienia siebie i świata, pytam także o to innych. Próbuję zweryfikować swoje informacje, ale też razem z kimś innym odkryć interesujące rzeczy.

      W związku z tym, że sam się zastanawiam, co mogę zmienić u siebie, zwracam uwagę na ten element w wypowiedziach innych.

      Zgodzę się z tym, że większość ludzi woli proste schematy. Niekoniecznie dlatego, że tak jest "wygodnie", ale dlatego, że tak umysł działa. Nie da się cały czas kwestionować wszystkiego, nie każdy ma motywację, żeby poszerzać swoje horyzonty. Wiedza w społeczeństwie potrzebuje czasami generacji, jak chociażby to, że nikotyna jest szkodliwa.

      Napisałaś, że choroba psychiczna, to: "
      Jest pewien zestaw objawów wspólny dla każdego chorego, choroba niszczy organicznie mózg i żeby pozbyć się jej objawów, należy brać leki. Taka przynajmniej jest teoria, a w praktyce bywa różnie."
      Nie wiem, skąd ta definicja, ale nie każda choroba psychiczna "niszczy organicznie mózg". Bo znowu wracamy do punktu wyjścia. Gdy chodzi o schizofrenię, to często nie stwierdza się "organicznych zmian". Jeżeli traktować depresję czy alkoholizm jako chorobę, to często można zostać "wyleczonym".
      Nie piszę tu o tobie, bo nie mam pojęcia jest to jest w twoim przypadku, piszę ogólnie.
      Z drugiej strony, to sama tu napisałaś, że:
      "kiedyś bałam się w ogóle odezwać choćby słowem przy innych ludziach, nawet już jako osoba dorosła." Czyli twój stan ulega w pewnym zakresie poprawie.

      Co do gier, to nie do końca rozumiem, na ile ci to przeszkadza, że ludzie się tam wyzywają, czy że ktoś wyzywa, że jesteś kobietą. Jest tak na wszystkich platformach gier, bo myślę, że grasz w jakieś gry zespołowe, czy coś? Ciekawe, czy mogłabyś grać jako "mężczyzna", ale nie masz na to ochoty, czy system nie pozwala? Jak mówię, nie siedzę w tym. Grałem kiedyś zespołowo, ale tylko parę razy z kumplami.

      Jak mówię, interesujące.

      Usuń
    5. Ja z kolei znam teorię, że nieleczona schizofrenia niszczy mózg. To potwierdzałyby pewne wydarzenia, których sama byłam świadkiem, typu przedwczesna śmierć niektórych chorych. Oczywiście, mogło tam być jeszcze wiele innych czynników, a nie znam wszystkich szczegółów. Często ci ludzie pomogli sobie w opuszczeniu tego świata narkotykami i alkoholem.

      A co do pracy nad mózgiem i chęcią zmian, najpierw trzeba mieć w ogóle świadomość problemu... Coś ci potem wyślę na Messengera, filmik w którym facet ze schizofrenią, z tych lepiej funkcjonujących, o tym mówi. Może cię to zainteresuje.
      Ja miałam świadomość, mama mnie pchała do rozwoju, często na siłę, ale czasem wychodziło mi to na dobre, bo nie stałam w miejscu. Chodziłam na terapie grupowe, coś tam zgłębiałam w temacie, chociaż mniej niż ty, miałam też kontakt z mnóstwem innych zaburzonych osób. No i jakąś tam wiedzę mam i z grubsza wiem co jest skąd i to faktycznie mi pomaga.

      Nie gram w gry, jak je nazwałeś, zespołowe (multiplayer) i nie grałabym nawet jakbym miała odpowiednie umiejętności. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie gram w planszówki - interakcje z ludźmi nie mają dla mnie nic wspólnego z dobrą zabawą.
      Dla mnie gry były odskocznią od rzeczywistości i nie chciałam jeszcze w fikcyjnych światach mieć do czynienia z ludźmi.

      "nie do końca rozumiem, na ile ci to przeszkadza" - nie chodzi o samą czynność grania w gry, tylko o tak zwany fandom. Bo to, że ludzie grają w jakiegoś CS-a i bluźnią do mikrofonu jak szewcy, kompletnie nic mi nie robi. Ale już to, że taki koleś wejdzie na jakiś mój profil w social mediach i mi napisze coś po chamsku, bo go boli, że np. coś sobie kupiłam a on tej rzeczy nie lubi - już nie jest fajne. To tak, jakby ktoś wbił ci tu na bloga i zaczął cię wyzywać i obrażać niczym w osiedlowej piwiarni, bo nie podoba mu się, nie wiem, niebo w nagłówku twojego bloga.

      Jest taki profil na FB "Stara Gejmerka" i tam kobieta mniej więcej w moim wieku pokazuje swoje growe "przygody", kolekcję figurek, nowe gry na konsolę itp. Nie jest to jakaś toksyczna osoba ani nie publikuje nic kontrowersyjnego (ani też nie pokazuje swoich wdzięków "zupełnie przypadkiem" na tle telewizora z odpaloną grą) - ale regularnie dostaje hejty i chamskie komentarze na temat tego, żeby "wzięła się do roboty", "nie ma na co wydawać pieniędzy", "do garów, głupia babo", "te pieniądze to pewnie masz z only fans" i tak dalej.

      Nie bez powodu powstają memy o tym, że najlepiej być fanem jakiejś rzeczy bez wchodzenia w interakcje z fandomem. ;)

      Usuń
    6. Tak, wiele chorób czy zaburzeń psychicznych trzeba leczyć lekami, albo za pomocą innych metod. Gdy tego się nie robi, to dochodzi do wzmocnienia objawów.
      Często jednak nie sposób jest stwierdzić, jakie zmiany organiczne powodują dane zaburzenie funkcji mózgu, albo czym są one spowodowane.
      Dlatego określenie "niszczą mózg" jest znowu jak na mnie zbyt mało precyzyjne.

      Choroby neuro-degeneratywne (jak Motor neurone disease (MND)) powodują degenerację neuronów, czy parkinson, to jednak inna kategoria chorób.

      Zgodzę się ze stwierdzeniem, że nieleczone schorzenie/choroba, czy to psychiczne, czy fizyczne, może prowadzić do pogorszenia stanu. Gdy ktoś ma skręconą w kostce nogę i nadal ją obciąża, to mu się to nie zagoi, ale może być gorzej.
      Podobnie jest z zaburzeniami psychicznymi. Gdy umysł wystawiany jest na obciążenie, którego nie jest w stanie balansować, to może dojść do pogorszenia stanu.
      Gdy ktoś staje się bezdomny, ze względu na zaburzenie, to wzrasta stres i alienacja, co wpływa negatywnie na stan umysłowy. Mogą dojść narkotyki czy inne używki.

      Tak, trzeba mieć świadomość problemu, żeby zacząć szukać rozwiązań czy pomocy.
      Dlatego jestem za popularyzacją wiedzy o działaniu umysłu. Wiele osób uważa, że w głowie dzieją się magiczne rzeczy, których nikt nie pojmie. Dlatego nie da się nic zmienić, bo "człowiek już taki jest i świat też taki jest".

      Co do hejtu, to jest on częścią życia. Ludzie hejtują się też na drogach. Niewielki procent, ale tych się zauważa. Jeden kierowca przeciwko drugiemu, rowerzyści na kierowców i na odwrót, piesi na wszystkich. Większość jednak umie się zachować, moim zdaniem.
      Dlaczego w internecie miało by być inaczej, tym bardziej, że panuje anonimowość?

      Usuń
    7. Odpisuję w kawałkach.

      Na fandomach zupełnie się nie znam, aż musiałem googlować, co to jest. Temu się nie wypowiadam.

      Ta "Stara Gejmerka" to ma na profilu, na głównej tapecie (czy jak się to nazywa), zdjęcia czy rysunki skąpo ubranych panienek, że tak powiem.
      Spojrzałem na parę komentarzy, był tam może jeden hejt, ale domyślam się, że jest więcej. To chyba jasna, że zdjęciami na tapecie przyciąga ona pewien rodzaj publiczności.
      Jakbym ja na swoim profilu wstawił zdjęcie samochodu, to pewnie goście by się zlecieli, którzy się samochodami interesują.

      Ja sam miałem parę razy hejtera na blogu. Nawet go nie zbanowałem ( z tego co pamiętam), parę rzeczy skasowałem, ale jemu się potem znudziło.
      Oszołomy są wszędzie. Wystawiając coś na publiczną stronę muszę się z tym liczyć.

      Mam zamiar w ramach auto-terapii wstawić na YT parę filmików, na których czytam fragmenty mojej książki. Wiem, że może być hejt, ale tak to już jest.
      To jak z robieniem tej drogi. Człowiek uczy się odporności psychicznej, w kontrolowany sposób, bo jak mi za dużo hejtu będzie to skasuję. Pracuję nad zmianą w mojej głowie, a to nie obędzie się bez wysiłku i nieprzyjemnych sytuacji. Neuroplastyczność polega na adaptacji, to znaczy, dopasowaniu do zmian. Komfortowe powtarzanie czegoś jej nie spowoduje. Dlatego lekki stres jest nawet przydatny w procesie uczenia. Ma to podstawy neurobiologiczne, ale już nie wchodzę w ten temat. Może kiedyś zrobię jakiś wpis, chociaż wspominałem chyba o tym.
      Istotne jest, żeby nie dać się załamać, ale mieć jakieś poczucie satysfakcji, małego zwycięstwa. Z trudnościami zawsze się liczę. Dlatego też taki tytuł mojej książki, bo na wędrówce nie zawsze jest łatwo :)

      Usuń
    8. Aż teraz zajrzałam na jej profil i należy ci się wyjaśnienie, że te panienki w bikini to panienki z pewnej znanej serii gier, która jest teraz bardzo mocno na topie, bo niedługo ma się pojawić nowa część po wielu latach. Ostatnie zdjęcie to autorka peja - plot twist, ona jest lesbijką i w dodatku w związku, więc z automatu faceci jej nie interesują. :) Pewnie jest w tym jakaś doza prowokacji. Ona sobie niewiele robi z tych hejtów i często jeszcze podjudza, ale podałam, bo to dobry przykład tego jak jest "u graczy".

      Moim zdaniem hejt na drodze różni się od hejtu na FB tym, że można dostać w zęby i przyjedzie policja, a w najgorszym razie sprawa znajdzie finał w sądzie, więc ludzie nie są na ogół aż tak skłonni do radykalnych działań. ;) Wiadomo, nie wszyscy, krewkich kierowców też mamy sporo. Sama obserwuję różne rzeczy jako pasażer samochodu (wcześniej korzystałam tylko z transportu publicznego).

      Usuń
    9. ps. w idealnym świecie obowiązywałaby zasada "po prostu nie bądź chujem dla innych", ale wiadomo że nie zawsze tak się da z wielu przyczyn i to po prostu utopia...

      Usuń
    10. Co do gejmerki, to zgodzę się:
      >Pewnie jest w tym jakaś doza prowokacji.
      Aż sam zajrzałem jeszcze raz. W Grand Theft Auto (przedostatni obrazek z prawej) to chodzi o samochody, a nie o półgołe niewiasty. Aż trailer zobaczyłem z rozpędu, bo byłem ciekawe, czy coś się w tym zmieniło :)
      https://www.rockstargames.com/gta-v?info=trailer

      Tak hejt na drodze jest trochę inny, ale chciałem wskazać na to, że oszołomy są wszędzie, bo nawet na drodze się przeklną, pukną, pokażą coś tam, czy pobiją, mimo, że często droższe konsekwencje ;)
      Nie bez powodu istnieje pojęcie "keyboard warrior", czy jak to było.

      Usuń
    11. Seria GTA ma po prostu taki setting - bezwzględni gangsterzy, drogie samochody, pieniądze, seksowne dziewczyny, imprezy, alkohol i dragi. ;)

      Usuń
    12. Ah, ok. Ja myślałem, że to bardziej tylko jeżdżenie. :)

      Usuń
    13. To ogólnie symulator gangstera i złodzieja samochodów :)

      Usuń
    14. Czyli gangsterzy, złodzieje samochodów, pewnie policjanci i modelki, skąpo ubrane :)

      Usuń
    15. Żeby tylko. Przemoc, brutalność i ogólna brutalność fabuły oraz tego co się dzieje dookoła. Grałem w to kiedyś przez krótki czas, nie polecam.

      Usuń
    16. Oje. Ja przed laty grałem w jakieś "Age of Empire", gdzie człowiek godzinami coś tam budował. Fajne było, ale stwierdziłem, że za bardzo mnie wciąga, szczególnie, jak mam stres z rzeczywistymi problemami, więc jak przeszedłem wszystkie poziomy to skasowałem.
      W Angry Birds grałem jakiś czas :)

      Usuń
    17. GTA nie bez powodu jest grą 18+, chociaż taki setting mocno przyciąga również dzieciaki. Nie każdy takie gry lubi, no ale jeśli ktoś jest odpowiednio dojrzały, stabilny psychicznie i tym samym nie ma problemu z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości to nie istnieje szansa, że rozwali ojcu samochód kijem baseballowym i zabija przechodnia, bo zobaczył to w grze. :)
      Nie demonizujmy gier, serio. :) Demonizujmy pozostawianie dzieci samym sobie i obwinianie za ich problemy jakiegoś bezosobowego zła.
      A jeśli ktoś chciałby grać w gry, ale brutalne GTA mu nie odpowiada - nie ma problemy, są setki "cozy games", gdzie nikogo się nie zabija, tylko uprawia roślinki na farmie albo rozwiązuje zagadki. :)

      Usuń
    18. Nie miałem pojęcia, że GTA jest od 18+, jak mówię nie interesowałem się nią.

      Nie wiem, czy któreś z nas tu gry demonizuje. Tomek mówi po prostu, że nie poleca GTA, ty grasz (chyba), mnie GTA specjalnie nie obchodzi, bo nie gram.
      Myślę, że to jak z filmami, jeden lubi horrory, drugi komedie a trzeci dokumentarne.

      Wiadomo, że jest masa gier. To jak z innymi hobby, jest wiele różnych dyscyplin, od bardzo spokojnych, jak bieganie, do "brutalnych", jak rugby czy MMA.

      Dużo ludzi uprawia je dla przyjemności, niewielka liczba może żyć z tego.

      Usuń
  3. ps. moje "reagowania przerażeniem" było głównym powodem, dla którego zostałam skreślona na rynku pracy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, jak nad nim z psychoterapeutką pracowałyście, to znaczy, jakie metody były użyte.

      Oglądałem wczoraj na YT o żołnierzu służb specjalnych, któremu pomogło, jak zaczął rysować swoje przeżycia. Gościu przeszedł swoje na misjach. Tak mi się skojarzyło, bo rysujesz, nie żebym ci to podsuwał.

      Usuń
    2. Tutaj niestety nie ma nad czym pracować, terapeutka mówiła, że to można leczyć tylko objawowo. Jeśli nie muszę pracować czy funkcjonować w innej nieprzyjaznej grupie, jestem stabilna i dobrze funkcjonuję. A jak się coś dzieje, no to wtedy biorę te czy inne leki i one uspokajają mój mózg.

      Usuń
    3. Co rozumiesz pod pojęciem "leczyć objawowo"? Lekami?
      Jak wspominam we większości moich wpisów, nad wieloma rzeczami można pracować, z tym, że to kwestia motywacji i energii. Jeżeli nie masz potrzeby do zmian, to wiadomo, po co masz nad tym pracować.
      Jeżeli terapeutka coś takiego twierdzi, to może podała ci jakieś bardziej konkretne informacje na ten temat.

      Wiadomo, nie ma co pracować nad lękiem wysokości, jak mieszka się na płaskim i ten lęk nie przeszkadza w życiu.

      Usuń
    4. Mam pytanie od. naszej wczorajszej rozmowy o schizofrenii. Bo mówiłeś, że wg. różnych najnowszych badań ta choroba nie powoduje degradacji mózgu.
      Z tym, że z moich obserwacji wynika coś zupełnie innego, ale jak mówię - to są po prostu obserwacje jakichś tam pojedynczych osób, a nie badania naukowe. Chodzi o to, że schizofrenia naprawdę upośledza zdolności poznawcze, a neuroleptyki blokujące w mózgu dopaminę też tu nie pomagają.

      Na własne oczy widziałam młodych ludzi, którzy z trudem pamiętali własne nazwisko, a nie byli staruszkami z demencją. Orzecznik na komisji pytał ich jaki jest dzień tygodnia i też nie od razu wiedzieli. Często u tych osób widać analfabetyzm funkcjonalny, bo w ogóle nie rozumieją i nie rejestrują co czytają, albo nawet co się do nich mówi. Potrafią powtarzać jedno i to samo bez świadomości, że kręcą się w kółko. Część osób, jak wspomniana wczoraj młoda kobieta, nie ma żadnego dystansu do swoich objawów i jeszcze twierdzi, że robi "wielkie postępy" podczas gdy realnie postępuje u niej silny regres.

      No i najsmutniejsza sprawa: wiele z tych osób umiera przedwcześnie, jak wspomniany przeze mnie A. (miał 44 lata).
      Oczywiście często jest tak, że schizofrenicy piją alkohol i zażywają narkotyki (lub zażywali w przeszłości i choroba to efekt tego działania), więc tu jakby wiadomo co odpowiada za degradację mózgu. Myślisz, że to tylko kwestia szkodliwych substancji?

      Ja nie mam schizofrenii, nie piję alkoholu, nie palę papierosów i nie zażywam narkotyków (i nigdy nie robiłam żadnej z tych rzeczy) i obserwuję, że mój układ nerwowy dość sprawnie się regeneruje i widzę tego namacalne przykłady. Na przykład 4 lata temu nie byłam w stanie ułożyć prostego zestawu Lego, teraz robię to bez problemu.

      Usuń
    5. To super, że się twój układ nerwowy regeneruje.
      Dlatego uważam, że warto sobie niektóre rzeczy notować (rysować), bo wtedy pozytywne zmiany łatwiej się zapamiętuje. Na negatywne i tak częściej zwraca się uwagę.

      Nie siedzę w temacie schizofrenii, ale sprawdziłem parę rzeczy, żeby nie wypisywać kompletnych bzdur ;)
      Czy schizofrenia (SZH) powoduje degradację mózgu?
      Chodziło mi to o degradację po wystąpieniu objawów (diagnozie).
      Często występuje to w okresie dorastania.
      Ogólnie, to osoby z SZH mogą mieć niższą objętość części przedniej kory, co może powodować problemy kognicyjne.

      Z tego co wyczytałem, nie jest pewne, czy schizofrenia powoduje silne zmiany w strukturze mózgu od momentu psychozy (diagnozy).
      "Lifespan evolution of neurocognitive impairment in schizophrenia - A narrative review"
      https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8861413/
      "Epidemiological cohort studies and long-term clinical studies also show moderate declines in cognitive performance after psychosis onset that appear to be more pronounced in some cognitive domains relative to others. Some studies suggest that there may be further cognitive decline during late-life in schizophrenia; however, it is unclear whether and to what extent this decline exceeds typical cognitive aging. It is possible that cognitive decline in old age may be specific to patients with the largest illness severity, characterized by persistent and/or repeatedly emergent psychotic episodes (for a review see Harvey and Rosenthal, 2018). Research suggests that cognitive decline over 20-years is associated with real-life functional outcomes"


      Lower cholinergic basal forebrain volumes link with cognitive difficulties in schizophrenia
      https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8580980/
      BFCN volumes are lower in schizophrenia, and this impairment links with patients’ attentional deficits. Data suggest that a dysregulated cholinergic system might contribute to cognitive difficulties in schizophrenia via impaired BFCN.

      Z tych badań, które jakoś tam akurat przejrzałem, wynika, że po diagnozie nie dochodzi do gwałtownej degradacji systemu nerwowego.
      Możliwe, że psychozy pogarszają stan. A o psychozę łatwiej chyba, gdy używa się narkotyków czy innych używek, także nadmierny stres wpływa negatywnie.
      Niektóre osoby, bez SZH, mają silne psychozy już po marihuanie.

      Lekki stres jest zazwyczaj pozytywny, twierdzą badania, ale nie w kontekście SZH.

      Usuń
  4. Zastanawiałem się na temat całkiem sporo.

    No bo ogólnie robimy coś. Albo nam na tym zależy albo nie bardzo. I pojawia się jakiś szczególny problem: "Czy ja sobie poradzę?" Z jednej strony sumienie nakazuje "walczyć". a z drugiej po co w ogóle wchodzić w tę czynność.

    Jedne rzeczy są wartę o to, żeby o nie walczyć, ale niektóre rzeczy może czasem trzeba odpuścić?

    Ogólnie ja tak miałem z grą komputerową. I natrafiłem na cholernie trudny poziom. I się poddałem! Niby porażka, ale przecież to tylko durna gra! Sytuacja się tak rozwiązała, że po paru miesiącach wróciłem do niej i przeszedłem trudność biorąc wszystko na klate.

    Może przed niektórymi rzeczami uciec się nie da? I trzeba walczyć i walczyć... Nie wiem.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, to praktyczny problem, niezbędny do życia, odpowiedź na pytanie: "o co walczyć, a gdzie odpuścić?".

      Sam to zauważyłem, że umysł czasami potrzebuje czasu po wysiłku, żeby zasymilować nowe informacje. Te bowiem lądąją najpierw w hipokampie. Poza tym, to wiedza cały czas jest reorganizowana w czasie snu, z tego co mi wiadomo.

      Myślę, że decyzja do walki zależy zarówno od wartości celu, jak i wiary we własne możliwości.
      Ja na przykład chciałem zrobić tę drogą, ale traktowałem to też jako okazję, żeby popracować nad własnym systemem nerwowym.
      Pracując nad czymś uczy się człowiek czegoś, nowych technik. Efekty nie zawsze są satysfakcjonujące. Słyszałem, że profesjonaliści, tacy, którzy wygrywają mistrzostwa, nigdy nie są zadowoleni, dlatego są tacy dobrzy.
      Istnieją osoby, jak Richard Turner, chyba miałem wpis na jego temat. Niewidomy gościu, który ma opanowaną do perfekcji manipulację kartami do gry. Ale ćwiczy jak szalony od dziesiątek lat.

      Myślę, że uciekamy przed wieloma rzeczami, a z wieloma walczymy. To też kwestia planu na życie i energii, na które bitwy się decydujemy.

      Pozdrawiam

      Usuń
    2. 137, zauważyłam, że u schizofreników brak "walki" jest często podyktowany bardzo silnymi lękami przed opuszczeniem swojej strefy komfortu, nawet jeśli wiążą się z tym duże przykrości (typu mieszkanie z toksycznym rodzicem).

      Usuń
    3. @Lou Fontaine:
      Brak walki związany jest nie tylko ze schizofrenią.
      Brak wiary w siebie, czyli niskie poczucie samoskuteczności występuje też w cPTSD.
      "Niskie poczucie samoskuteczności" oznacza, że człowiek nie wierzy w to, że jest w stanie coś zmienić, własną akcją.
      Podobnie jest pewnie z depresją, który może wynikać z braku wiary w siebie: "bo po co się w ogóle starać, wstawać z łóżka, jak to nic nie da".
      Z tym, że nad tym można pracować.

      Usuń
    4. To oczywiście prawda. Podałam przykład z mojego życia, bo sama znam takie osoby. ;)

      Usuń
  5. Jak chodziłam po górach, to czasem dopadało mnie poczucie wstydu, kiedy zmordowana sapiąc, już ledwo się czołgam, a koło mnie jakieś dziecko przeszło wesoło podskakując albo jakaś starsza osoba żwawo pięła się w górę. W końcu jednak docieram na szczyt i widzę ludzi wysiadających z wyciągu i robiących zdjęcia, by dumnie się pochwalić, że byli tutaj. Po prostu przyjechali i są z tego zadowoleni. No i mają prawo. Też coś osiągnęli. Może nie mieli siły dojść pieszo, ale zaplanowali podróż, wydali zarobione pieniądze na ten wyciąg, może przełamali lęk wysokości. Ważne, żeby robić to, co chcemy i być z tego dumnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ważne co robi się samemu!

      W sporcie to w ogóle jest przegięcie, na przykład we wspinaczce, ale też w innych dyscyplinach sportowych, także w muzyce.
      Na ściance pełno młodocianych, do których ja się nie umywam pod względem trudności dróg :P Tyle, że ja mam grupkę kumpli, lepszych i gorszych ode mnie i my mamy swój standard, każdy coś tam sobie próbuje, na ile potrafi ;) Ważne, to żeby mieć z tego trochę radochy i dobre towarzystwo :)

      Podobnie z muzyką. Są ludzie, którzy w wieku 35-50 zaczynają uczyć się na instrumencie, albo po prostu chcą poprawić technikę. Tak sobie, bo im to sprawia satysfakcję :)

      Jak mówisz, ważne, żeby robić co chcemy i mieć z tego satysfakcję :)

      Usuń

Prześlij komentarz