Stres z piecykiem i kosa
Mam zakwasy w ramionach i ogólnie jestem zmęczony. Złożyło się na to parę czynników.
Kosiłem kosą w środę rano. Stąd chyba bóle mięśni. Pomagam czasami w ekologicznym koszeniu w parku miejskim, pisałem już kiedyś o tym (kurs koszenia). Kosa jest lepsza od kosiarki, bo ta ostatnia zmienia mieszkające tam owady czy inne pomniejsze stworzenia, jak żaby, w sieczkę – przed kosą mają lepsze szanse, żeby uciec. Byliśmy tylko we dwójkę. Pan K, organizator z parku i ja. Poza tym to mieliśmy tylko jedną kosę. Chcieliśmy się częściej zmieniać, z tym że on miał mniej wprawy ode mnie, a ja lubię kosić. Skosiłem więc większość. Prawdę mówiąc, to nie mogłem patrzeć, jak on tę trawę męczy, chociażby dlatego, że powierzchnia była nierówna i ta kosa dosyć tępa, mimo że próbowaliśmy ją ostrzyć. Nic dziwnego, że mam teraz zakwasy, choć kosiliśmy zaledwie godzinę. Czuję teraz te mięśnie, których najwidoczniej na co dzień nie wysilam.
Mentalnie jestem zmęczony tym, że ze środy na czwartek źle spałem, budząc się parę razy w nocy.
To dlatego, że miał przyjść fachowiec naprawić piecyk gazowy w mieszkaniu, którym się opiekuję. Piecyk przestał działać i fachowiec zamówił już parę tygodni temu części, drogie zresztą. Miał przyjść w czwartek, czyli wczoraj o 7:30 rano. Nie wiedziałem, czy uda mu się ten piecyk naprawić, czy może odkryje kolejną usterkę. Poza tym to nie byłem pewny, czy lokatorka, Pani L, trochę starsza już osoba, nie wywinie jakiegoś numeru.
Poprzednim razem, jak był ten fachowiec, to próbowała do mnie dzwonić, bo tak się umówiliśmy.
– On już był, poszedł dawno temu – powiedziała mi, jak przyszedłem do niej o umówionej porze.
– Jak to, przecież jestem o czasie – powiedziałem.
– On przyszedł wcześniej. Nie odbierałeś, jak dzwoniłam do ciebie – powiedziała.
Odniosłem wrażenie, że w jej głosie usłyszałem nutkę satysfakcji lub wyrzutu, ale może tylko mi się tak wydawało. Wyszło na to, że pomyliły jej się osoby. Zadzwoniła do kogoś innego, o tym samym imieniu. Mój imiennik nie odbierał, więc doszła do wniosku, że nie da się mnie złapać.
– Aha, zdziwiłam się, że on do mnie potem zadzwonił – dodała, mając na myśli imiennika.
Pani L jest rozsądną i bardzo rezolutną osobą, ale taka pomyłka nie załagodziła mojego stresu. Nie chodzi tu nawet o to, że była to taka poważna sprawa, z tym piecykiem, ale ja ogólnie mam tendencję do zbytniego przejmowania się niektórymi rzeczami. W każdym razie to piecyk został naprawiony, choć fachowiec miał na koniec lekkie problemy z ustawieniem temperatury.
![]() |
| Jesienne jeziorko |
Gdy jesteśmy przy wydarzeniach związanych z wysiłkiem, to w zeszłą sobotę spróbowałem znowu przejść tę żółtą drogę, o której wspominam w poprzednim blogu (Wybór myśli i emocji). Siedziało przy niej już dwóch gości, gdy tam przyszedłem. Widziałem, jak próbowali ją przejść – nie dali rady. Wydawali się lepsi ode mnie. „Trudno” – pomyślałem sobie – „Co mam do stracenia”. Podszedłem do chwytów startowych i włączyłem stoper. To chyba pomaga mi się skoncentrować. Pierwszy trudny kawałek jakoś poszedł, o dziwo. Najgorszy fizycznie był środek, bo dawał po palcach. Tu też utrzymałem się jakoś. Na końcówce trzeba było po prostu uważać, żeby stopy nie zjechały, no i nie odpuścić. To też przelazłem. Po dotarciu do końcowego chwytu usłyszałem ich gratulacje. Możliwe, że to ich obecność mnie zmotywowała, choć nie przepadam za publicznością. Czasami jednak działa ona pozytywnie. Poza tym to ostro tę drogę ćwiczyłem ostatnimi czasy. Zrobiłem ją i mogłem odetchnąć.
Przeważnie odczuwam ulgę, gdy uda mi się przejść jakąś drogę, którą ćwiczyłem. To jak z wieloma innymi projektami. Człowiek nie do końca wie, czy mu się uda, czy jest w stanie. Może być, że dozna się kontuzji, lub coś innego stanie na przeszkodzie. Poza tym te drogi są zmieniane co parę tygodni, ma się więc ograniczone okienko czasowe. Na koniec jednak gdy mi się uda, zapisuję to sobie. Mam tendencję do zapominania o sukcesach. Porażki przeważnie łatwiej wbijają się w pamięć. Dlatego zapisywanie sukcesów stanowi dla mnie pewną przeciwwagę.
Gdy ćwiczę coś fizycznie, na przykład przejście jakiejś drogi wspinaczkowej, łatwiej mi dostrzec efekty tych starań. Niemal namacalnie dostrzegam postępy – ruchy stają się bardziej płynne, efektywne. Droga, która na początku wydawała się nie do zrobienia, po paru tygodniach treningu nagle okazuje się do przejścia. Mimo wszystko, w czasie prób trzeba walczyć nie tylko fizycznie, ale też mentalnie: z brakiem wiary w siebie i frustracją. Łatwo jest się poddać, gdy przychodzi myśl – „Nie dam rady”.
Wiem, że trening pomaga. Ruchy, których nauczyłem się podczas prób, pozostaną mi w pamięci. Doświadczyłem tego już wiele razy. Dowiodłem też sobie po raz któryś, że jestem w stanie zrobić niektóre drogi, nawet te, które na początku wydają się nie do przejścia. Nie znaczy to, że nie jestem świadom swoich fizycznych limitów.
Co do stresu związanego z piecykiem, tu też dostrzegam zmiany. Budząc się w nocy, nie przewracam się bezsennie z boku na bok, jaki kiedyś, ale stosuję techniki relaksacyjne. Zamiast też nakręcać się myślą o tym, co złego może się wydarzyć, koncentruję się na czymś neutralnym, na przykład na słówkach języka obcego. To pomaga mi ponownie zasnąć.
Staram się ćwiczyć różne rzeczy i przy okazji trenować psychikę. Robię to między innymi dlatego, że wierzę, iż w dłuższej perspektywie ułatwia mi to życie.
– Czy Ty też miewasz nocne pobudki? Jeśli tak, co pomaga Ci ponownie zasnąć?
– Co sądzisz o trenowaniu psychiki? Czy świadomie robisz coś, żeby lepiej radzić sobie z trudnościami?


Komentarze
Prześlij komentarz