Get High - po co mi to?

Nie wiem, co skusiło mnie do tego. Może były to słowa Amelii, dosyć atrakcyjnej, niebieskookiej artystki. Podszedłem do niej na chwilę, gdy siedziała w kafejce hali boulderingowej, czyli na ściance.

– Bierzesz udział? – zapytała po krótkiej, grzecznościowej wymianie zdań.

– Nie zastanawiałem się wcale nad tym, a ty?

– Też nie wiem, ale w tym roku mają ładniejsze koszulki, lepsze niż w zeszłym roku – powiedziała.

– Dla samej koszulki się chyba zgłoszę – dodała.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę.

– Zobaczę te koszulki potem – powiedziałem na koniec i poszedłem się poruszać.

Chodziło tu o Get High 2026, czyli coś w rodzaju zawodów w boulderingu w tym klubie. Trzeba zrobić ileś tam dróg, zaznaczyć je samemu na kartce, którą się oddaje po jakimś czasie. Na koniec można coś tam wygrać, jakiś soczek czy nie wiem co. Nigdy mnie coś takiego nie interesowało, więc nie znałem szczegółów. Jak się człowiek zarejestrował za drobną opłatą, to dostawał koszulkę, tyle się dowiedziałem od Amelii.

Te drogi z zawodów były na parterze, gdzie tego dnia coś tam ćwiczyłem. „Mogę je zobaczyć” – pomyślałem sobie. Takie drogi mają to do siebie, że nie jest na nich zaznaczony stopień trudności, są one tylko ponumerowane. To jest o tyle ciekawe, że człowiek sam musi ocenić, czy ma szansę którąś z nich zrobić. W praktyce często oznacza to: „dobrze się przyjrzeć i wypróbować”. Spróbowałem więc wejść na parę z nich, takich, które przyjaźnie wyglądały. Muszę powiedzieć, że mi się to spodobało, bo były wprawdzie łatwe, ale trzeba było się jednak wysilić. Człek miał z tego sporo satysfakcji.
Wychodząc z klubu, zatrzymałem się przy recepcji, gdzie te koszulki wisiały. „No niby ładne, ale szału nie ma” – pomyślałem sobie. Pogadałem przez chwilę z jednym z obsługi, bo nie rozumiałem numeracji tych dróg, jak je oglądałem.

– Są podwójne numery, bo są dwie ligi. Każda ma swoje drogi, ale połowa jest wspólna. Mają różne kolory – powiedział.

– Aha – powiedziałem.

Kiwnąłem mu głową na pożegnanie i opuściłem budynek hali. „Koszulka, może być, będzie na pamiątkę, nie muszę wcale brać udziału w zawodach”, rozważałem, pedałując do domu. „Po co mi koszulka, to jednak drogi interes”, pomyślałem pod wieczór. Każdy, kto mnie zna, wie, że długo potrafię rozważać i analizować, nie robiąc nic do tego. Po tygodniu rozmyślań powiedziałem sobie: „zamiast tyle się zastanawiać, kup tę koszulkę i zobaczysz, co będzie dalej”. Zarejestrowałem się zatem w drugiej lidze i koszulkę otrzymałem.

Tydzień temu, wtorek, 20.10.2026. 

Siedzę na miękkiej podłodze hali, przede mną czerwona droga, z numerem dwu-kolorowym. Jednokolorowe numery, niebieskie, są łatwiejsze. Zrobiłem je już. Pozostały mi te mieszane, jak ta, która teraz szczerzy do mnie zęby swoimi czerwonymi stopniami i chwytami. Próbowałem ją już w sobotę, doszedłem może do połowy. W niedzielę byłem blisko celu, ostatniego chwytu, „top”. Nie uśmiechało mi się jednak zaufać małemu stopniowi (oznaczyłem go na zdjęciu strzałką), mimo dopingu paru osób. Dzisiaj próbowałem znowu, w spokoju. Każda próba kosztowała mnie trochę wysiłku, ale też uwagi. Automatycznie robiłem coraz dłuższe przerwy, chociaż starałem się patrzeć na zegarek.

 

Zaznaczyłem kółkami chwyty i stopnie

Czym się przejmować, nie musiałem tej drogi przecież zrobić? No tak. Problem tylko w tym, że w internecie widoczny był ranking. Nie wiedziałem przedtem o tym. Ranking do kwalifikacji, dla każdego klubu osobno i dla każdej ligi. Tyle dobrze – pomyślałem. Z tym że coś przeskoczyło w mojej głowie, w momencie, gdy zobaczyłem tabelkę z nazwiskami i cyferkami, także moim. „Chcę być w pierwszej połowie startujących”, pomyślałem sobie. Nie pytajcie mnie czemu akurat tak, sam nie wiem. Mogłem sobie powiedzieć: „nie chcę być ostatni” albo „piąty od końca też jest dobrze” – miałbym wtedy łatwiejsze życie. Z moich obliczeń wynikało, że przynajmniej jedną „mieszaną” drogę muszę zrobić, najlepiej dzisiaj. To dlatego, że jutro, czyli w środę, będę nowe, czyli dodatkowe drogi. Tak ma być co tydzień, przez jeszcze dwa tygodnie. Nie mogę sobie siedzieć i kontemplować, trzeba się wziąć do roboty.

Wracając do tej czerwonej drogi – już nauczyłem się jej na pamięć. Znam dobrze ułożenie stóp i chwyty dłoni. Powoli zaczynam wierzyć, że może mi się uda. Jak zwykle, metoda wytrwałości małych kroków. Podszedłem znowu do ściany i skoncentrowałem się na poprawnym wykonaniu ruchów, a nie ukończeniu. „Lewa ręka tu, prawa tutaj”, myślałem sobie. I jakby tajemniczym sposobem znalazłem się u góry, trzymając się końcowego chwytu, czyli „topu”.

„Super, no i udało się, kto by pomyślał” – powiedziałem sobie. „Teraz może ta pomarańczowa, tę mogę poćwiczyć jeszcze”, dodałem w duchu. Zacząłem ją ćwiczyć w sobotę. Umiałem przejść połowę. Nie było prosto, ale o dziwo, na koniec mi się udało. Z tym że bolały mnie przez nią z tydzień plecy, bo dziwnie trzeba było wstać w pewnym miejscu.


 

Tu lekki przeskok w czasie. Niedziela: 25.10.2026.

 W środę przykręcili nowe drogi, znowu 10 sztuk. Od czwartku zrobiłem te łatwiejsze, niebieskie. Z tym że jedną z nich próbowałem zrobić dzisiaj chyba ze 30 razy, bo trzeba było przebiec kawałek. Na koniec mi się udało. Pozostały mi znowu te mieszane. Zawziąłem się na taką turkusową, numer 29, bo wydawało się, że jestem w stanie ją zrobić. Niby wszystko dobrze szło, ale nie umiałem wykonać jednego ruchu pod koniec.


 

W odróżnieniu od poprzednich mieszanych dróg, pomarańczowej i czerwonej, turkusową #29 mogłem próbować tylko kilka razy, bo potem palce traciły siłę i nie byłem w stanie utrzymać się na chwytach. Była lekko przewieszona, co widać na zdjęciu. To także powodowało, że zużywała się skóra na palcach. Już w sobotę jeden z palców zaczął trochę krwawić, ale go na dzisiaj zatejpowałem. Było tam paru znajomych. Jednemu z nich pokazałem, jak trzeba właściwie pracować nogami na tej drodze, to on ją przeszedł. „Nieważne” – pomyślałem i poczułem, jak narasta we mnie frustracja. „Mnie nic nie wychodzi”, pojawiło się w mojej głowie. Z tym że ćwiczyłem też osobno ten ruch, którego nie umiałem wykonać. Po którejś z następnych prób całej drogi pojawił się problem z innym palcem. „Na dziś to koniec”, powiedziałem sobie i polazłem pić kawę.


 

„Jestem za gruby. Nie kontroluję swojego życia”, myślałem sobie w szatni. „Trening nic mi nie daje”, przyszło mi do głowy przy stole. Słyszałem w głowie te i podobne głosy, czułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. „Z drugiej strony, to normalne, że tak czujesz, to taki refleks”, powiedziałem sobie. „Zawsze tak masz, jak ci coś tu nie wychodzi”, dodałem. Bo tak jest rzeczywiście. Świadomość tego nie zmienia uczucia, ale pozwala mi spojrzeć na nie z innej strony.

Wtorek: 27.10.2026.
Przygotowałem się strategicznie – także z pomocą ChatGPT. Nie dlatego, że ChatGPT jest taki mądry, ale dlatego, że to trochę jak rozmowa z samym sobą, tyle że inna. Strategia była teraz taka: nie chodzi o to, żeby koniecznie wejść na tę drogę, ale żeby nauczyć się lepiej ją robić, co zwiększa szanse na sukces. Przy okazji ćwiczyć obchodzenie się z porażką, nie traktować jej jako koniec świata, ale jako element pracy nad sobą. W domu ćwiczyłem już na sucho ten ruch, który mi nie wychodził. Teraz zacząłem też od niego, nie próbując całej drogi. Udało mi się wykonać ten ruch parę razy. Wyczyściłem więc podeszwy butów, bo to przydatne tutaj i rozpocząłem drogę od początku. Starałem się kontrolować oddech i precyzyjnie stawiać stopy. Dotarłem do tego trudnego miejsca, musiałem tu wstać, z trochę niewygodnej pozycji. Wyszło mi to o wiele lepiej niż dwa dni wcześniej. „Zrobiona”, pomyślałem sobie, trzymając się topu. Wiadomo, byłem potem na lekkim emocjonalnym haju, jak to po każdym takim sukcesie. Z rozpędu zrobiłem potem jeszcze inną mieszaną drogę, ale ta nie sprawiła mi większych problemów, więc nie rozpisuję się o tym.


 

Każde z takich trudniejszych przejść powtarzam potem w głowie.  „Widzisz, jednak dałeś radę”, mówię sobie. Pamiętam, w jakiej byłem wtedy rozterce, gdy nie udawało mi się. Nie chodzi o to, żebym nie czuł frustracji czy bezradności, ale o to, żebym potraktował te myśli i uczucia jako część procesu. Są w mojej głowie i będą się pojawiać. Akceptuję je, ale nie muszę za nimi podążać. Mogę je zauważyć i mimo wszystko wędrować dalej.

Środa: 28.10.2026
Pewnie jak piszę te słowa, to są już na ścianie nowe drogi, ostatnia partia, bo dzisiaj środa. Zobaczę je jutro. Niektóre zrobię pewnie od razu, przy innych będę sfrustrowany. 

To takie moje małe laboratorium eksperymentalne, na którym mogę się uczyć obchodzić ze swoimi myślami i emocjami. Końcowy ranking będę znał pewnie za tydzień, bo widzę, że wiele osób nieregularnie wprowadza swoje przejścia.

Ten post jest rzeczywiście dosyć długi. Co sądzisz na jego temat?


Komentarze